GLOBALIZACJA I JEJ WROGOWIE

 

Globalizacja i jej wrogowie

Alexander Dugin

 

Podstawowe czynniki rozwoju globalnych światowych procesów – wyniki i prognozy.

W listopadzie 2017 roku w Amsterdamie odbyła się duża i wielce interesująca konferencja, w której wzięło udział około półtora tysiąca osób. Głównym tematem nań omawianym były projekty rozwoju światowych procesów, oparte na przeciwstawnych typach idei globalnego rozwoju, i ich związki z bieżącymi zmianami geopolitycznymi. Kluczowym momentem konferencji było wystąpienie teoretyka i ideologa światowego globalizmu Bernarda-Henriego Lévy. W formie niewielkiego wykładu wyłożył swoje spojrzenie na to, jak duch globalizmu, ogólnie Idea, w swojej liberalnej realizacji projektowany jest na zachodzące światowe procesy; jak one wpływają na wydarzenia rozwijające się na Bliskim Wschodzie, jaki wpływ globalizm ma na to, co dzieje się w Iraku i, w szczególności, w stolicy irackiego Kurdystanu, Irbilu. Lévy znajduje fundamentalne ideologiczne uzasadnienie dla wszystkich najbardziej znaczących światowych procesów, zachodzących przy udziale Zachodu, tworząc cały ideologiczny schemat, ciągnący się od Eneasza1 i Troi do współczesnej Ameryki i Trumpa. Przy tym Lévy szczególnie podkreślił, że przyjechał do Amsterdamu z Irbilu specjalnie po to, by opowiedzieć o ruchach płyt tektonicznych, które mają miejsce w historii Ducha takiego, jak go rozumieją teoretycy globalizacji. Trzeba zaznaczyć, że takich mów nie wygłasza się każdego dnia tak, jak nie każdego roku wydarzenia polityczne zmuszają ideologów z różnych obozów do przypominania tych najbardziej fundamentalnych aspektach walki, którą prowadzą.

Nim wyłożymy zasadnicze poglądy jednego z głównych teoretyków globalizacji, warto przypomnieć, że Bernard-Henri Lévy był obecny u źródeł obalenia Kaddafiego, brał udział w szkoleniu islamistów z libijskiej opozycji; jako główny teoretyk uzasadniał napaść na Asada, stając się podżegaczem konfliktu w Syrii; to on uczestniczył w wydarzeniach w Iraku; on przyjeżdżał na ukraiński Majdan i czytał wykłady Prawemu Sektorowi2, szczując ich przeciw Rosjanom. Słowem, Bernard-Henri Lévy to nasz ideowy wróg. Jeden z całej plejady podobnych jemu, takich właśnie teoretyków globalizacji – nie zwykłych „botaników”, którzy piszą to, czego nikt nie czyta; których nikt nie słucha. On jest z tego szeregu myślicieli-praktyków, którzy w odpowiednim historycznym momencie biorą kamerę, komputer, pistolet maszynowy i jadą w punkty zapalne bić się za swoje idee. Przeciw nam.

Otóż w Amsterdamie Lévy mówił o Talmudzie i jego Duchu, o wielkiej walce Oświecenia i o tych wrogach, przeciw którym ta walka się toczy. Niemniej jednak, odniosłem wrażenie, że jego przesłanie zrozumieli nieliczni. Całe półtoratysięczne audytorium obecnych tam Holendrów wyraźnie wyciągnęło swój własny wniosek z wystąpienia Lévy, istotę którego można sprowadzić do tego: amerykańska hegemonia się skończyła i trzeba niezwłocznie szukać kontaktu z Rosjanami. Być może ktoś odebrał wystąpienie ekstrawaganckiego liberalnego filozofa za żart. Ale Lévy nie żartował.
Short term i long term. Wojna za Idee i kratopolityka

Historia nie tylko jest subiektywna, ale ma różne stopnie rozwoju. Istnieje historia short term i historia long term. Long term – to historia ideologiczna, w której objawiają się fundamentalne prawidłowości, zachodzą globalne ruchy w obrębie zmiany paradygmatu – Tradycji (Przednowoczesności), Nowoczesności i Ponowoczesności. Gdzie utrwalają się przejawy ideologii liberalizmu, komunizmu i faszyzmu, gdzie bierze się pod uwagę wpływ konserwatyzmu, islamizmu i pozostałych ideologicznych odcieni. Także i w długookresowej historii podstawą jest ideologia i w ogóle sfera Idei.

Jeśli oddalamy się na 15–20–100 lat od tego czy innego historycznego wydarzenia, widzimy tylko historię Idei. Nie widzimy przesłanek konkretnych konfliktów, niuansów ich nastania i stojących za nimi interesów. Tylko historia Idei, leżących u podstaw wszystkiego, wyjaśnia to, co miało miejsce. Tym samym, tylko historię long term można uznawać za historię. To ona jest zrozumiała, ma swoje prawidłowości, ją można i należy badać.
Dziś znowu zbliżamy się do tego momentu, kiedy historia idei wchodzi na pierwszy plan. Nas przekonują, że wojna na Bliskim Wschodzie to walka o ropę naftową. To nieprawda. Wojna na Bliskim Wschodzie, jak zresztą każda inna konfrontacja na świecie, to walka za Idee. Nie za ropę, nie za prawa człowieka czy status gejów, nie za materialne aktywa czy rynki zbytu. Każdy, kto mówi o Systemie Rezerwy Federalnej, Rothschildach czy złożach gazu, milknie, gdy przemawiają ideolodzy, ludzie mówiący prawdę o autentycznych przesłankach dowolnych historycznych procesów, które przesądzają o występowaniu lub niewystępowaniu zagrożenia dla globalnego liberalizmu.

Ale jest też i short term – historia politycznych procesów, które stają się dla ich badaczy autonomicznymi i samowystarczalnymi. „Asad pokłócił się z Husajnem, dlatego w Iraku i Libii zaczęły się problemy” – twierdzą oni.

W krótkookresowej polityce funkcjonują zupełnie inne prawa: tam mówi się o ropie i gazie, o trudach dyplomacji, o wizytach Kissingera, o tym, czy przynieśli pieniądze, czy nie; kto zdradził, a kto nie zdradził; czy wzięli Rakkę, czy po prostu starli z powierzchni ziemi. I kto za tym wszystkim stał. Wszystko to – zupełnie drugi wymiar, który układa się w krótkie cykle, od kilku dni czy miesięcy do 5–6 lat.
Jeśli jednocześnie zapominamy o historii long term, a koncentrujemy się wyłącznie na polityce obyczajowej, zmieniamy się w Das Man Heideggera, wyrażając zdanie wszystkich i nikogo konkretnie. Właściwie wydaje się, że wszyscy tak myślą, ale kiedy zapytasz, okazuje się, że między konkretnymi ludźmi poglądy się rozchodzą. Zanurzenie się w szczegółach tego, co zaszło – to tło, które naprawdę skrywa Idee. Za zasłoną short term ukrywa się polityka długookresowa. Niektórzy analitycy short term to prawdziwi durnie, a inni, ci bardziej bystrzy, jedynie skrywają realną politykę – long term, tj. ideologię, pod osłoną trajkotu short term. Między nimi trudno znaleźć porozumienie – wydaje się, że to sfery autonomiczne. Czym innym jest los rozpadu ZSRS, a czym innym – los epopei afgańskiej, rozpoczętej od zdobycia pałacu Amina. Ale w istocie [losy te] są związane dialektyką ideologii, ideową przeciwstawnością. Jak? To właśnie najtrudniejsze pytanie.

Właściwie, związek sfery idei i polityki stosowanej przechodzi gdzieś po środku. I w tym połączeniu należy mówić o polityce middle term, która zakłada zbudowanie właściwych związków między short term i long term. To obszar tajnych służb, sekretnych stowarzyszeń i teorii spiskowych. Tu funkcjonują instancje, których ani tu, ani tam nikt sobie nie mógł wyobrazić, są więc tym samym pośrednimi. Nawiasem mówiąc, tajne służby i podobnego rodzaju szare struktury nie mogą mieć ontologii, ponieważ jeśli taka się ujawni, te przestaną być tajne, a w konsekwencji przestaną być służbami. Jeśli się zdemaskują, to nie będą już służbami. One istnieją dopóty, dopóki nie jest jasne, czy to są, czy nie są służby. Nawet jeśli zgłosimy się do masońskiej loży, niczego „sekretnego” tam nie zobaczymy. Ale to właśnie one pretendują do tego, by skrycie rządzić światem.

Otóż politykę middle term można nazwać kratopolityką. Na tym właśnie polega idea równowagi sił, praktyczne wyjaśnienie tego, jakie siłowe mechanizmy można zastosować, by przełożyć wydarzenia ze sfery long term w sferę short term. Właśnie kratopolityką zajmuje się Bernard-Henri Lévy i jako przedstawiciel liberalnej, globalistycznej, zachodocentrycznej ideologii doskonale ją rozumie. Rozumie zadania i cele długich historycznych cykli – long term, ale jednocześnie uczestniczy w krótkookresowej polityce, chociaż robi to z punktu widzenia konkretnego powiązania pierwszego z drugim. Rzadki to przypadek intelektualisty-praktyka.
Swoją drogą, na tej samej konferencji w Amsterdamie między innymi obecny był także gen. [Peter] Fuller, przyjaciel Henry’ego Kissingera. To przykład pełnego przeciwieństwa Lévy’ego. Jest bardzo wpływowym człowiekiem, ale przy tym ma bezduszne oczy. To doświadczony żołnierz, który z pewnością może przeprowadzić trudną wojenną operację, ale z całą pewnością nie jest kompetentny w sferze Idei. Dla tego to, co Lévy mówi i czego nie mówi, nie robi mu żadnej różnicy, jako że Fuller postrzega Lévy’ego jak absolutne zero. Generał Fuller zajęty jest polityką short term i wydaje mu się, że wszystko rozumie i przy tym jest bardzo wpływowy, a Lévy mówi o czymś dalekim i abstrakcyjnym, nie mającym związku z rzeczywistością. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót: to po Lévy’m przechodzą siłowe linie historii, a Fuller jest jego chłopcem na posyłki, a to dlatego, że nie rozumie tego, co robi, i kto planuje wszystko to, co sam realizuje, w wymiarze strategicznym i ideowym. Świadomość, która kieruje Fullerem, znajduje się poza nim. Fuller to zwykły robot w tym systemie, w którym Lévy jest programistą. Z drugiej strony to z Lévy’m konsultuje się Sarkozy, Hollande, Macron, ale gdyby spróbować stwierdzić, jakie są jego realne zdolności, to odpowiedź jest oczywista – „żadne”.

Nowoczesność i jej wrogowie

Główne przesłanie Lévy’ego sprowadza się do hasła „Modernity and its enemies” – Nowoczesność i jej wrogowie. Ci wrogowie wciąż jeszcze istnieją i wojna Nowoczesności przeciwko nim nie zakończyła się. Rzeczone spojrzenie na świat opiera się na przekonaniu o tym, że Nowoczesność to cały byt, cała historia, która zmierza ku jednemu określonemu celu. Kierując się ku temu celu, niesie z sobą nieuniknione ekonomiczne, społeczne, polityczne przekształcenia, które związane są ze zniszczeniem tradycyjnego społeczeństwa: tradycyjnych stanów, tradycyjnych religijnych instytucji, tradycyjnych zbiorowych tożsamości.

Ten właśnie ruch skierowany jest w stronę globalnego, obywatelskiego, otwartego społeczeństwa, światowego rządu, sztucznej inteligencji, przemieniającej globalne społeczeństwo w społeczeństwo cyborgów. Ten „obiektywny” proces przez przytłaczającą większość ludzi Zachodu postrzegany jest jako „elektryczka”, na którą kupujesz bilet, wsiadasz i jedziesz. Ktoś tam umarł, ale jego miejsce zajął kto inny. A elektryczka prowadzi cię do określonej stacji i nie masz się czym martwić, miejsce jest zarezerwowane. Ta większość, pogrążająca się do tego w śnie, siedzi w elektryczce Nowoczesności. To już nawet nie polityka short term, a shortest term.

Ale są też ci, którzy się niepokoją, czy pociąg jedzie tam, gdzie powinien; czy wszystko w porządku, czy ktoś nie chce go czasem zatrzymać, zaminować tory czy wystrzelić w niego rakietę. A, w ogóle, może ktoś chce sabotować czas? I stąd wyłania się koncepcja „Nowoczesność i jej wrogowie”. Zaniepokojony jest ten, kto prowadzi pociąg; kto rozumie, kto go zbudował i położył tory; kto wie, dokąd on zmierza. Niepokoją się o to, by pociąg szczęśliwie dojechał. Lévy właśnie o to się martwi – w szczególności ze względu na to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie.
O co może być zatroskana Nowoczesność? Z punktu widzenia Nowoczesności czas ma nieodwracalny jednokierunkowy charakter i płynie ku jednej konceptualnej orientacji – ku oswobodzeniu od wszelkich form zbiorowej tożsamości, ku liberalizacji, i dalej prosto. Na tej drodze czasami trafiają się przeszkody, ale nic więcej. To zwyczajna, senna wersja Nowoczesności: jedziemy, nam coś przeszkadza, my to przezwyciężamy i jedziemy dalej. Potem znów coś miesza i znowu stawiamy czoła. Bagno – osuszyć, góra – przebić tunelem, i dalej prosto. Ale są też inni twórcy Nowoczesności, którzy mówią: poczekajcie, to bagno jest tu nieprzypadkowo. Ktoś je tu stworzył. A tej góry w ogóle mogło by nie być – ktoś ją nasypał. Tu pojawia się u nich wrażenie, że mają do czynienia nie z przeszkodami (obstacles), a z wrogami (enemies). Że istnieje podmiot, który przeszkadza postępowi Nowoczesności.

Podejrzenie o tym, że projekt „Nowoczesność” ma wrogów, to wspólne stanowisko niespokojnych globalistów i modernistów, począwszy od Poppera i kończąc na Lévy’m; tych, którzy odpowiadają za ideologię, którzy rozumieją, że mowa jest o projekcie ideologicznym. W polityce „short term” zmartwienia są inne – tam znane są tylko przeszkody, które należy pokonywać. Ci sami, którzy zajmują się ideologią, myślą strategicznie: tory można było wytyczyć tak, ale można było i inaczej. Tylko inżynierowie globalnej rzeczywistości i Nowoczesności rozumieją, że wszystko można było zrobić inaczej. Dlatego to oni się niepokoją, czy ktoś nie zaproponuje drugiego wariantu.

Lévy jest jednym z architektów Nowoczesności, niespokojnym o to, czy konstrukcja wytrzyma. Wie, że obstacles mogą skrywać enemies. To, co jest barierą, może mieć wolę. Że kamień, o który się potknęli, może być żywy. Ale już sam ten niepokój, narastając, konstytuuje drugi biegun.

[Biegun] tych, którzy chcą, żeby Oświeceniu, Nowoczesności, globalistom, zwolennikom homoseksualnych „małżeństw” i społeczeństwa obywatelskiego nic nie wyszło. Oni konstytuują ten podmiot – wroga, który nie walczy o miejsce w elektryczce, za to chce podłożyć ładunek wybuchowy pod tory, otruć maszynistę, puścić pociąg za skarpę. I zrobić to świadomie, bo nie zgadza się z samą ideologią Nowoczesności.
Właśnie to chciał powiedzieć Lévy, przyjechawszy do Amsterdamu: że przed projektem Nowoczesności, Oświecenia i liberalizacji pojawiły się zagrożenia. Zagrożenia polegające na tym, że na przykład Amerykanie nie wsparli Barzaniego w głosowaniu nad niepodległością irackiego Kurdystanu. W praktyce odbiło się to na tym, że Kirkuku Kurdom nie oddano. Lévy stwierdził, że zobaczył w tym nie tylko zdradę Kurdów ze strony Amerykanów, ale i koniec projektu „Wielki Bliski Wschód”, bo wszak Kurdowie byli kluczowym elementem i zdradzenie ich jest zdradzeniem całego projektu.

Jak przekonany jest Lévy, Ameryka z Trumpem przegrała całą walkę za Nowoczesność. I nie chodzi tu, rzecz jasna, tylko o Kirkuk, co o samo usunięcie się Ameryki z roli głównej forpoczty globalnego świata. Ameryka wyrzeka się tej linii, którą ISIS z takim trudem ustanowiła. Ameryka sabotuje swoją główną misję – kontynuuje Lévy – ale do diabła i z nią: albo niech realizuje funkcję Oświecenia, albo przestanie być podmiotem nowego globalnego świata. Według Lévy’ego, Ameryka ma po prostu wypełniać wolę globalnych ideologów. Była wybrana przez sam duch Oświecenia, by wypełniać globalistyczną misję, w tym także realizować plan „Wielki Bliski Wschód”, ale zamiast tego z nieznanych powodów zajęła się problemami wewnętrznymi. Szukając rozwiązania, Lévy ciągnie: może by tak Europa wzięła na siebie obowiązek krzewienia Nowoczesności? Według niego, Europa ma ku temu trzy atuty: duch Talmudu, prawa człowieka i libertynizm. W wyobrażeniach Lévy nowym Antychrystem, który poprowadzi globalizm w miejsce Trumpa należy spróbować uczynić Macrona. To jest oczywiście śmieszne, ale projekt wciąż nie jest dopięty.

Imperia-widma

Opisując troski Lévy’ego, najwyższy czas wspomnieć Marksa: „Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu”. Ponieważ Lévy zaczynał jako marksista, on tę formułę pamięta świetnie. Ghost of communism jest tym, co nieuniknienie powinno przejść w rzeczywistość z punktu widzenia Marksa. Widmo imperium – ghost of the Empire – rzecz najbardziej niebezpieczna z punktu widzenia Lévy’ego. To coś, co na razie jest jeszcze przeszkodą, ale jutro już może stać się wrogiem. Lévy martwi się tym, że na jego oczach odradza się pięć ghost empires – imperiów–widem. Ale najbardziej niebezpieczne z nich są trzy:

- Imperium Rosyjskie z głową „krwawego dyktatora” i z totalitarnym, okrutnym prawosławiem w osnowie,
- Imperium Osmańskie,
- Imperium Irańskie.

Co do Rosji – wszystko jasne, ale co zaś się tyczy wschodzącego Imperium Osmańskiego, to za jego pojawienie się odpowiadają same Stany Zjednoczone. Właśnie z powodu ich niezdarnych działań Erdoğan wychodzi spod nadzoru, zbliża się z Iranem i Rosją, i rozpoczyna nowy osmański projekt. To, co Erdoğan robi w Iraku i Syrii, to katastrofa dla ludzkości – mówi Lévy. To dlatego, że za sprawą tego to, co jeszcze niedawno było ledwie przeszkodą, dziś stopniowo przeobraża się w podmiot. Znamienne jest, że ideologiczny liberał mówi o tym, że jest coś, co może przemienić się z przeszkody we wroga, z przedmiotu w podmiot. Przecież podmiot może postępować według własnej woli, a to oznacza, że może nie tylko wysadzić pociąg, ale i wytyczyć drugą trasę. Sytuacja staje się szczególnie niebezpieczna, gdy magistrala zaczyna przechodzić po terytorium takich właśnie podmiotów.

- Czwarte imperium-widmo – chińskie. To imperium w połowie trzyma z jednymi, w połowie z drugimi. I ta równowaga jest daleko niejednoznaczna, bo i po stronie jednych, i drugich, oni utrwalają swoje imperium.

- Piąte imperium, Lévy jest oburzony zachowaniem Arabii Saudyjskiej – piątego, znajdującego się w fazie zarodkowej imperium-widma, próbującego kupić od Rosji przeciwlotniczy system C-400.
We wszystkich pięciu przypadkach problemy pojawiają się w momencie przejścia z short term do long term, wyłaniającego się w tych właśnie pięciu imperiach-widmach, które – w rezultacie – mogą przemienić się w realnego wroga. I właśnie tymi imperiami Lévy i spółka proponuje się zająć. Bo w przeciwnym wypadku mają szanse na to, by pozbyć się przedrostka „ghost”.

Nas przecież interesuje właśnie rzecz przeciwna: jak uwolnić się od przedrostka „ghost”? My jeszcze nie Rosjanie, a widmowi Rosjanie. Wciąż jeszcze widmo Rosji. U nas ghost-suwerenność. Ale nie jesteśmy już zwykłymi przedmiotami. U nich pojawiły się podejrzenia, że za fasadą Rosji coś jest, jak za fasadą Turcji. I to coś, czego oni z zewnątrz nie kontrolują. My już przemieniliśmy się w „ghost” i bitwa będzie się toczyć o ostateczne przeobrażenie (lub nie przeobrażenie) z „ghost”, z symulakra, w realność. To możliwe przejście świetnie schodzi się z ostatnią kadencją naszego prezydenta. To samo dzieje się z Turcją i Iranem. Albo Erdoğan naprawdę przybliży się do suwerenności, albo go usuną; w Iranie albo rzeczywiście podejdą ku szyickiej rewolucji, albo będą balansować między Tradycją i Nowoczesnością jak teraz.

Liberalni ideologowie widzą, że w obszarze geopolityki wszystko im idzie nie tak, jak to sobie obmyślili. Przeszkody przechodzą w widma i to staje się realnym czynnikiem, a siłowy nacisk już nie wystarcza, przynosząc skutki odwrotne. Dlatego też chcą przenieść akcent na soft power, na nowe technologie. W nadchodzących latach będą nas otwierać od wewnątrz. Znają nasze słabe miejsca. Byli skrajnie rozsierdzeni za każdym razem, gdy mówiliśmy o geopolityce, o dyplomacji, ale ożywiali się zawsze, gdy mowa była o „szóstej kolumnie”, o liberałach i zapadnikach wśród nas. Chcą uderzyć po tych imperiach-widmach, żeby sprowadzić je ponownie do roli przeszkód.
To zła wiadomość dla ludzi, którzy zajmują się bezpieczeństwem państwowym. Oni uznali nasze sukcesy w polityce siłowej, dlatego też zdecydowali uderzyć od wewnątrz, aby nie dopuścić przejścia z „ghost” w realność. Zmierzyć się z tym trzeba, bo Lévy to nie indywiduum, a głos światowego rządu, choć nie tylko – on bezpośrednio w tych procesach uczestniczy.

Transition [przejście]

Tak oto obserwujemy gwałtowne osłabienie globalizacyjnego projektu. Gotowy, by się pojawić, jest już jego przeciwnik – jeśli opisać to w terminach apokaliptycznych, pojawia się świadek tego, co się stało, który mówi: „stop, nie macie racji”. To jeszcze nie symetryczne uderzenie, ale już coś poważnego.

Żyjemy w świecie transition – przejścia z momentu jednobiegunowego ku czemuś innemu. Nawet zachodni analitycy przyznają, że jednobiegunowy moment zakończył się, a epoka, gdy ideologia Nowoczesność miała do czynienia jedynie z przedmiotami i przeszkodami, dopełniła się. Nastała w jakimś stopniu alternatywna podmiotowość i albo należy ją ułożyć z powrotem w istniejące wcześniej ramy, albo zrobić coś jeszcze. Jeżeli uda się zatrzymać te pretensje na podmiotowość pozostałych imperiów, wrócimy się do momentu jednobiegunowego. Jednak wszyscy czują, że coś jest nie tak, nawet na poziomie short term. Nasze sukcesy w Syrii to element najważniejszego symbolicznego działania. Uznanie przez Trumpa Jerozolimy jako stolicy Izraela to genialny krok, który jeszcze bardziej rozwija sytuację ku wielobiegunowemu światu, który będzie zbudowany z imperiów, już bez przedrostka „ghost”. Wtedy każda cywilizacja będzie miała swój projekt, w miejsce jednego uniwersalnego.

Jaki by to scenariusz się nie realizował, Zachód nastrojony jest sceptycznie. Ale to, że jest nastrojony sceptycznie, nie powinno nas cieszyć. Im bardziej są zaniepokojeni, im bardziej realistycznie widzą koniec, tym silniej będą, konając, stawiać opór. Będą szukać słabych punktów, a ich jest bardzo wiele. Dziś żyjemy w tym przejściu i sytuacja przejściowa zaostrza się. Czy przejdziemy z „ghost” w realność, czy będziemy zgubieni? Dowolne przejście okupione jest dużymi stratami, krwią.

2017 – czynnik Trumpa

Wybranie Trumpa zmieniło wszystko. Jeśli prezydentem zostałaby Clinton, żadnego zaproszenia do Amsterdamu by nie było. Trump zasadniczo zmienił równowagę sił w tej grze. Dzięki niemu pojawiły się ghost empires. Dokonał czegoś, co zasadniczo odbiło się na całej tej strukturze long term. Kiedy Amerykanie i Lévy wymawiają imię Trumpa – trzeba widzieć ich twarze – nimi po prostu trzęsie. Trump przedstawia sobą prawdziwego przeciwnika projektu Lévy’ego i globalizacji w ogóle w jej lewicowo-liberalnym kluczu.

Trump zerwał nuklearne porozumienie z Iranem, które było potrzebne do tego, by podtrzymać tam reformatorskie tendencje, zmiękczyć nacisk na Zachód, zmniejszyć wpływ Iranu na Bliski Wschód, poprawiając relacje z reformatorskimi elitami Iranu przez irackich szyitów, przez Bagdad, i – tym sposobem – przez irańską „pierestrojkę” wyciągnąć go z gry.

 Inny projekt lewicowych globalistów sprowadza się do wsparcia Państwa Islamskiego (ISIS) po to, by stworzyć wersję islamu dającą się kontrolować: która będzie miała ograniczony potencjał ideologiczny, gdyż Państwem Islamskim można kierować tylko przy pomocy Arabii Saudyjskiej. Siatka radykalnego wahabizmu podda się kontroli, jeśli stworzy się schemat islamskiego świata z jednego obszaru, gdzie bardzo dawno suficka ideologia nie była obecna – tj. z Arabii Saudyjskiej. Za cenę sojuszu z Arabią Saudyjską można było kierować salafitami, wahabitami i ogólnie całą, równoległą do islamu tradycyjnego islamską siatką.

Odpowiednio, samo Państwo Islamskie było projektem „bagna” (ang. swamp), które Trump polecił „osuszyć” jeszcze na etapie kampanii wyborczej. Zbliżenie z Iranem to też idea „bagna”. Zrobić z muzułmanów własnych sojuszników, posłać ich na ISIS i skierować w liberalnym kierunku – to też ich pomysł. Wsparcie „reformatorstwa”, szóstej kolumny, liberalnego projektu w Rosji – dzieło „bagna”. Przypomnijmy sobie ostatnią wizytę Brzezińskiego w Moskwie – do Miedwiediewa zawiózł go Jurgens, kiedy Brzeziński zaproponował układ – odejście od wszelkich pretensji w takim przypadku, jeśli Miedwiediew pójdzie na drugą kadencję. Ponieważ ideą „bagna” była integracja Rosji, jej włączenie w globalny liberalny projekt, a nie zaostrzenie sytuacji. Liberałowie-globaliści tymczasem czasami wychodzą na spotkanie nieliberalnym reżimom, żeby wesprzeć wewnętrzną opozycję i otworzyć ich, tym sposobem, od wewnątrz. Ale w krytycznym momencie stają się bardzo ostrzy.

Trump przyszedł z pomysłem „antybagna”. Strategia Trumpa składa się z dwóch składowych – trumpizma (dzikiego populizmu, związanego z niechęcią amerykańskich obywateli do establishmentu jako takiego) i neoconów [neokonserwatystów] (Kushner i spółka). Z początku neokonserwatyści stali po stronie „bagna”, ale część z nich przemieściła się ku Trumpu.
Jeśli Trump rzeczywiście jest w czymś cały czas konsekwentny, to w swoim sabotażu projektów „bagna”. To zaczyna już być jego firmowym stylem. W wielu rzeczach się chwieje (między trumpizmem i neoconami), czyni to interwencjonalistyczny, to nieinterwencjonalistyczny gest. Ale wszystko, co czyni Trump, czyni przeciwko „bagnu” – Hillary, Obamie i ich wspólników w establishmencie. Waha się między trumpizmem i neoconami), ale nie waha się w żądaniach posadzenia Hillary [do więzienia]. Nie waha się, jeśli chodzi o demontaż infrastruktury modelu byłej administracji na Bliskim Wschodzie. Zatrzymuje te projekty, w których uczestniczył Lévy. Stopniowo zmienia kuratorów podstawowych kierunków i wstawia względnie „swoich” ludzi – tych, którzy nie są ludźmi Hillary i Obamy. Przeprowadza pewną kadrową czystkę i blokuje to, co prowadzono w latach minionych. To doprowadziło i do oddania Kirkuka, i do innych konsekwencji, o których podnosi alarm Lévy. Niektórzy przez inercję kontynuują swoją aktywność w ramach poprzedniego projektu, ale nowi ludzie, przyszedłszy z Trumpem, coraz czynniej zaczynają im przeszkadzać. Połowa amerykańskich struktur na Bliskim Wschodzie kontynuuje działać według starego schematu, połowa już zachowuje się inaczej. To jeszcze nie znaczy, że Trump ma jakiś projekt, ale oznacza właśnie, że jego projekt nie jest taki jak u „bagna”. Coraz bardziej skłania się ku modelowi neokonserwatywnemu, rozwadniając jego „trumpizmem”.

Ten model doprowadził, w szczególności, do uznania Jerozolimy za stolicę Izraela. A to jest koszmar globalistów, bo w realności Trump nic z tego nie ma, tak jak i nie ma amerykańska globalistyczna siatka. Cała amerykańska agentura na Bliskim Wschodzie, na której opierał się amerykański establishment poprzedniej administracji, została podpalona. Podpisała się pod warunkami Obamy, pod tym, że sytuacja „ani palestyńska, ani izraelska” będzie trwać jeszcze długo, ale z uznaniem Jerozolimy wszystko się radykalnie zmieniło. I ponieważ Obama postrzegany był przez Trumpa jako stronnik ideologii Palestyńczyków, to – w konsekwencji – także i w tej kwestii Trump go „załatwił”.
W rzeczywistości Trump dokonał tylko jednej nieodwracalnej rzeczy: obiektywnie wzmocnił naszą pozycję na Bliskim Wschodzie. Dał w ręce Rosji, Turcji i Iranu karty, które być może z góry określają całą światową historię. To rzeczywiście poważna sprawa, bo po Syrii nie postrzegają nas tylko jak zwycięzców, ale także jako jedyną nadzieję na alternatywną politykę. Tym sposobem, Trump jeszcze o krok przesunął nasz status od „ghost empire” ku imperium, ku realnemu Imperium, a tym samym – ku wielobiegunowemu światu. Oczywiście, działał i działa nie dla naszych interesów, a dla interesów neoconów i Izraelczyków przeciwko „bagnu”, jednocześnie kieruje się w stronę wielobiegunowości, tworząc dla niej jeszcze więcej obiektywnych przesłanek. Co więcej, Trump będzie postępował tak dalej, dopóty, dopóki jego nie zatrzymają: być może trzy lata, jeśli go nie usuną, a może nawet pójdzie na drugą kadencję. Wtedy ustanowienie podmiotów wielobiegunowego świata stanie się nieodwracalnym. Choć, co bardziej prawdopodobne, mamy w sumie trzy lata na aktywniejszą działalność na Bliskim Wschodzie. Trump będzie dalej przeszkadzać obamowcom realizować ich „Wielki Bliski Wschód”.

Konflikt wewnątrz globalnego ideologicznego systemu jest bardzo poważny, ale można odnieść wrażenie, że mają asa w rękawie; że mają nadzieję na kruchość rosyjskiej elity. Jeśli jeszcze trochę wyczekamy, nawet udając, że jesteśmy inni, niż faktycznie jesteśmy, sprawy będą się miały nieźle. Macron dla nas zagrożeniem nie jest, Europa nie przegrupuje się w jakiś podmiot, a żadne pieniądze tu nie pomogą. To ponure, gnijące społeczeństwo nie jest zdolne do bycia alternatywą dla Ameryki. Lévy nie ma racji: na tym biegunie może być tylko Ameryka, nie zaś Europa. Dlatego też walka dalej toczyć się będzie o Amerykę, za wysadzenie w pięciu ghost-imperiach tych sił, które mogłyby im pomóc przestać być „widmami”. Cały ideologiczny model będzie oparty na tym, aby przywrócić władzę przedstawicielom zasadniczej ideologii Oświecenia, zmieść Trumpa i wysadzić pięć imperiów od wewnątrz.

Upadek radykalnego islamu, kierowanego z Arabii Saudyjskiej, daje Rosji wiele możliwości do tego, by stać się gwarantem islamskiego odrodzenia. Jeśli zajmiemy się światem islamskim, to nic nam na dzień dzisiejszy nie przeszkodzi stać się wiodącą siłą na tej drodze.

Trump zrobił jedną chytrą rzecz, zabezpieczającą jego nieusuwalność. Jeśli byłby po prostu trumpistą, najpewniej by go już nie było. Ale znalazł nowych sojuszników, którzy go wspierają. Jasne, nie należy nam oczekiwać od niego czegoś dobrego, dla nas liczy się to, by szkodził „bagnu”.

Perspektywy na 2018 rok

Jeśli rozpatrywać sytuację w perspektywie, to na razie pod znakiem zapytania stoi samo przejście od „ghost” do „enemies”, przemiana z widma imperium w Imperium – kwestia zasadnicza na przyszłość dla wszystkich potencjalnych wrogów Nowoczesności. Irańczycy tak zamieszali wszystko, co dobre, że dla zatrzymania końca tradycjonalistycznych tendencji konieczna być może nowa konserwatywna rewolucja. Turcy na samym kemaliźmie też daleko nie zajdą. Dla imperialnego przejścia powinni wrócić do Tradycji, do sufickim, antyzachodnim korzeniom. Nam potrzebne jest wyjście z pozycji ghost-Russia i jeśli w chwili zakończenia kadencji Trumpa nie będziemy mieć planu, to rzeczywiście popadniemy w sytuację krytyczną. Zaczyna się u nas epoka krytyczna i tu ważna jest praca ludzi, którzy reprezentują nie ghost, a prawdziwą Rosję. Do tego potrzebny jest model i ideologiczny, i kratopolityczny. Z czego ta ideologia będzie się składać, jak przeprowadzimy dekonstrukcję Nowoczesności, jak uwolnimy się od przejawów liberalizmu – od tego wszystko będzie zależeć. Druga kwestia – jak nam się to uda zamknąć w realne polityczne decyzje. Intuicyjnie dla wielu jest zrozumiałe, ale jak to zawrzeć [w polityce] – póki co nie. Gdy uczciwie Rosjanie przychodzą i próbują coś zrobić, polityka short term często ich przygniata.

Rok 2018 – to rok ideologicznej wojny. To wojna o wyłonienie się wielobiegunowego świata w obliczu prawdziwych imperiów, opartego na antyzachodniej ideologii. Gdy Lévy mówi, że to są „nasi wrogowie”, ma na myśli to, że są to wrogowie Oświecenia, technologicznego postępu, praw człowieka i indywidualizmu. I jest to prawdą. Właśnie o to chodzi. Chcemy innej przyszłości. My – stronnicy projektu Tradycji. Tu należy zaznaczyć, że Tradycja to obstacle, dla Nowoczesności to co najmniej przeszkoda, a sam tradycjonalizm to siły, które, nawet jeśli skały nie ma, to ją wzniosą na drodze tej samej elektryczki Nowoczesności. Tradycjonalizm – to powstanie przeciw Nowoczesności.
Wszystko to, co dziś realnie zmienia obraz świata na poziomie polityki middle term, decyduje się na Bliskim Wschodzie. A tam głównym czynnikiem staje się alians Rosji z Turcją i Iranem, który w znaczącym stopniu zależy od tego, czy uda nam się rozwiązać kwestię kurdyjską. Należy zauważyć, że Kurdowie w ogóle nikomu nie są lojalni i nie mogą być lojalni z definicji. Oni są wierni tylko samym sobie. Żyją w swoim własnym świecie, który przez nikogo nie jest rządzony, przez nikogo prowadzony czy nadzorowany, tym bardziej przez te siły, które reprezentuje Lévy. Jedyne, czego nie możemy obiecać Kurdom to państwo narodowe. Po prostu dlatego, że państwo narodowe należy już do przeszłości (system westfalski) i w ogóle w żaden sposób nie rozwiązuje ani jednego problemu. Powinniśmy postrzegać państwa narodowe jako metafory czegoś większego – narodów, kultur itd., tj. jako sugestie na ghost empires, polity-cywilizacje, „duże obszary”. Jeśli uda się wyciągnąć Kurdów ze stanu oczekiwania na państwo narodowe, to w osi Moskwa-Teheran-Ankara mogą pojawić się i Kurdowie. Przecież w perspektywie kurdyjski „większy obszar” (nie państwo), wręcz przeciwnie, jest bardzo prawdopodobny.

Bliski Wschód

Znowu obecne okoliczności doprowadzają nas do tego, że powinniśmy wspierać cały islam, znajdujący się poza Arabią Saudyjską. Szczególnej uwadze powinny podlegać związki z Egiptem i z Maghrebem. W Maroku i Algierze póki co wszystko kontrolowane jest przez europejskie służby specjalne, to samo w Libii, dlatego nam pora się tym zająć. Teraz, gdy islamizm, znajdujący się pod kontrolą Arabii Saudyjskiej, słabnie, rośnie w siłę czynnik nie-islamizmu, tj. nie salafizmu i nie wahabizmu. Jeśli rzeczowo zajmiemy się arabskim islamem – z wyłączeniem półwyspu arabskiego – pragmatycznie wykorzystując Katar, ale nie stawiając na niego całej stawki, będziemy mieli realną szansę dobić projekt „Wielki Bliski Wschód”.

Co zaś się tyczy Izraela, to w obecnej konfiguracji nie ma możliwość zaproponować mu cokolwiek korzystnego. Jednoznacznie stanęli na pozycji przeciwległej nam, więc – nie wchodząc w otwartą konfrontację – trzeba zająć swoją własną, a w zaistniałych okolicznościach to automatycznie oznacza pozycję antyizraelską we wszystkich kierunkach, poprzez wzmacnianie naszego wpływu w świecie arabskim. Mówiąc konkretnie, nie uznając Jerozolimy za izraelską, ostrzej odpowiadając na izraelskie wypady jak w Syrii, i tak dalej.

W każdym projekcie powinny być „kozły ofiarne”. W obecnych warunkach Arabię Saudyjską i Izrael być może trzeba będzie złożyć w ofierze pakistańskiemu, niewahabistycznemu, antyzachodniemu projektowi, jeśli sami nie postarają się znaleźć sobie miejsce w eurazyjskiej geopolityce Bliskiego Wschodu. To właśnie wpływa na nasze stanowisko w Pakistanie i Afganistanie, ponieważ stając się przyjacielem i obrońcą islamskiego świata, biorąc pod uwagę czynnik Trumpa, trzeba koniecznie zacząć myśleć o stosunkach i z tymi krajami.
Inne stanowisko w takim układzie zajmuje nawet radykalny islamizm, który dotąd był naszym przeciwnikiem, gdy rządził się z Arabii Saudyjskiej z oparciem o USA i Izrael. Stając po stronie islamskiego świata w całości, Rosja może zmienić relacje i z nim, jeśli, gdy przyjdzie kolej, zmieni swój stosunek do chrześcijan, sufitów i zacznie brać pod uwagę prawa geopolityki. W rozwoju sytuacji, nie otrzymując więcej zachodniego wsparcia, radykalny islamizm, zmieniwszy swoją naturę, potencjalnie może nawet stać się przy określonych warunkach naszym sojusznikiem. To dlatego, że dziś każdy antyzachodni element zaczyna pracować na naszą korzyść. Dla przykładu, gdy Turcy zmienili swoje podejście do Amerykanów, od razu przestali wspierać radykałów na Północnym Kaukazie. Jeśli „Bracia Muzułmańscy” przypomną sobie swoje sufickie korzenie, a Katar, tradycyjnie protektor salafizmu, zbliży się do nas, Turcji i Iranu jeszcze bardziej, wektor radykalnego islamu może się kardynalnie obrócić.

Europa

Co do czego nie warto mieć już wątpliwości, to w tym, że Europa nie będzie nowym centrum globalizacji. Nie ma ku temu absolutnie żadnych atutów: ani potencjału, ani woli, ani sił. Rosji trzeba zacząć intensywnie działać w Europie i z prawicowymi, i z lewicowymi przeciwnikami globalnej hegemonii, aby pobudzać ich do stworzenia własnego ghost empire, Imperium Europejskiego, w oparciu o populizm – społeczną sprawiedliwość i tradycyjne wartości. Pomimo że wśród europejskich elit wciąż dominuje „bagno”, narastają tam bardzo ciekawe tendencje. I jeśli Rosja będzie pomagać destabilizować władze globalnych elit, starając się nawiązać kontakt z siłami rewolucyjnymi, dużo możemy osiągnąć. W tym celu można wykorzystać ich własne metody, na przykład, technikę stworzenia małych sił (tak jak oni to robili przy pomocy wielorakich grup „Społeczeństwa otwartego” w samej Rosji) dla podważenia prawowitości liberalnej dyktatury, tym samym próbując realnie wpływać na Europę.

Warto podkreślić, że europejscy centryści chętniej mieliby do czynienia z nami – a przynajmniej gospodarczo – niż z USA. Za Trumpa Europejczycy będą uwalniać się od twardej protekcji, i do prawicowych, i do lewicowych sił przyłączą się centryści-pragmatycy. Pomysł Lévy’ego, że Europa powinna wziąć na siebie funkcję centrum „bagna”, nie spodobała się tam nikomu. Wręcz przeciwnie, pojawiło się logiczne pytanie – jeśli Rosja jest taka silna, a w Ameryce wszystko jest źle, jak opisuje Lévy, to z Rosją nie należy się kłócić, a handlować.
Jeszcze jeden niemało ważny czynnik w Europie – islamski. Jeśli za pewnik przyjąć przekonanie, że islam jest teraz po naszej stronie, to wszyscy europejscy Muzułmanie tak samo okazują się po stronie kontrhegemonii. Czy to ogromna turecka diaspora w Niemczech, czy ogromna liczba wahabitów, i nawet niektórzy rodowici Europejczycy, którzy (jak, na przykład, Claudio Mutti) przeszli na islam. Wyciągnięcie Europy z tego globalistycznego projektu jest przedmiotem otwartej wojny. W obecnych okolicznościach możemy spokojnie włączyć się w bitwę o Europę – przy czym nie tylko „z prawicy”, ale i „z lewicy”, ze strony antykapitalistów i antyglobalistów. Powinniśmy pomóc w stworzeniu europejskiej kontrhegemonii, którą sami przecież wymyślili Europejczycy, wszak to termin Gramsciego. Co więcej, w Europie narasta silny „prawicowy” wzlot.

USA

W Ameryce: Trump przeciw „bagnu”. Trzy lata Ameryka będzie zamknięta sama na siebie. Niechętnie wejdzie w awanturę przeciwko Korei Północnej, bo choć będzie to na korzyść neoconów, to zadziała przeciw trumpistom. Trump stara się przecież utrzymywać równowagę. Stosunki z Rosją będą się pogarszać, ale ku naszemu pożytkowi. W stosunkach z USA nam pasuje wszystko, poza wojną i przyjaźnią.

Jako projekt aktywnego działania Rosja może zacząć wspierać kontrhegemonię w samej Ameryce – jak i przez „lewicę”, tak i „prawicę”, co zresztą robimy. Żeby to było możliwe, powinniśmy sami uwierzyć w mit o tym, że nasi hakerzy wpłynęli na wybory. Rzecz jasna, to niemożliwe, ale skoro sami tak to nazywają, trzeba skonstruować obraz Wszechmocnej Rosji, która wpływa na Zachód. To wojna interpretacji, w której nam wygodnie jest wspierać mit o rosyjskiej obecności i tym podobnych.

https://osrodekpolitykirozumnej.pl/2018/01/25/globalizacja-i-jej-wrogowie/